Krowa płacze idąc na rzeź

Pamiętacie, jak jakiś czas temu odnosiłam się do tekstu natemat.pl o pojęciu tzw. „wieśniaka” ? Chciałabym coś wam jeszcze dziś opowiedzieć. I to chyba nie będzie miłe. [człowieku o wrażliwej psychice- idź sobie gdzieś na chwilę]

Jak już pewnie zauważyliście, nie kategoryzuję ludzi na lepszych i gorszych wg pochodzenia czy przynależności do warstwy społecznej. Jestem również zwolenniczką teorii, że żeby zachować równowagę na świecie, to muszą na nim istnieć i ludzie biedni i bogaci, i ludzie z miasta i wsi. A nawet ludzie mądrzy i głupi. Są jednak pewne rzeczy, których w rozumowaniu mieszkańców wsi nie ogarniam. A tyczą one zwierząt (ekologii też, ale o tym kiedy indziej).

Zdaję sobie sprawę z tego, że dla mieszczucha, żywe zwierze stanowi pewną egzotykę. W domu trzymamy pieski, kotki, chomiczki, ptaszniki, patyczaki i świnki morskie i traktujemy je jak członków rodziny. Nasi pupile mają imiona, swoje posłania/domki/terraria/akwaria, swój specjalny pokarm. Bawimy się z nimi, mówimy do nich, przytulamy, całujemy (no może nie rybki). Krówka to dla nas mleko, świnka to wędlina, ale i tak, jak trafimy na wieś, to i te zwierzaki budzą w nas czułość i bardzo pozytywne emocje.

Na wsiach podejście do zwierząt jest mocno utylitarne. Pies siedzi przy budzie i pilnuje domu, kot łapie myszy, krowa daje mleko, świnkę czy kurkę się trzyma się dla mięsa. I ok. Ja to rozumiem. Okazuje się jednak, że często zdarza się, że ludzie na wsi okazują się kompletnie pozbawieni wyższych uczuć w stosunku do „braci mniejszych”.

Zastanówcie się sami: czy gdybyście hodowali kurę- nie dla jajek, ale na rosół- to czy w momencie, w którym musielibyście wziąć wreszcie do rączki tasaczek i skrócić kurkę o głowę celem poddania jej dalszej obróbce i konsumpcji, to nie chcielibyście odebrać jej tego życia szybko i maksymalnie bezboleśnie? Tak wiecie, szast-prast i po zawodach?

Czy jeśli hodowalibyście krowę i wiedzielibyście, że daje wam ona mleko, a w przyszłości zabijecie ją i będziecie mieli z niej ogromną ilość mięsa, które albo sami zjecie, albo sprzedacie je i zarobicie na tym sporo pieniędzy, to nie dbalibyście o tą że krowę? Nie traktowalibyście jej w kategorii inwestycji?

Niby jasne, a nie do końca. Kilka lat temu, podczas wyjątkowo upalnego lata, zaczął docierać do nas dziwny ryk. Rozpaczliwe wycie. Po dwóch godzinach, kiedy wycie przybierało na sile, zorientowaliśmy się, że dramatyczne dźwięki wydaje z siebie krowa. Krowa, która przypalowana była na łące, nieopodal Trawy. Kiedy ją zobaczyliśmy, leżała na ziemi, dyszała, miała obłęd w oczach. Kilka godzin później zniknęła. Cóż się okazało? Właściciele krowy, mimo 40-stopniowego upału, nie byli uprzejmi dać jej nic do picia. Krowa stała na niezacienionej łące przez kilkanaście już godzin, bez kropli wody i niewydojona. Kiedy jej „opiekunowie” zorientowali się, że nie jest w stanie utrzymać się na nogach i zawezwali weterynarza okazało się, że jest za późno i, że nie da się jej nawodnić. Trzeba ją było uśmiercić. Czemu do tego doszło? Bo nikomu się nie chciało pójść do krowy z wiadrem wody. Bo tak. Bo po co? Przecież to tylko krowa. I tak poszłaby kiedyś pod nóż. Poza tym nawet nie przyszło im do głowy, że ta historia będzie miała taki finał.

Moja sąsiadka dostała kiedyś psa. Fajnego, wesołego, czarnego kundelka-rozrabiakę. Zajmowała się nim najlepiej jak umiała, bo pies od zawsze był jej marzeniem. Niestety, któregoś dnia, wesołego kundelka poniósł męski instynkt i ruszył do sąsiedniej wsi. Zaplątał się do gospodarstwa, w którym mieszkała suczka z cieczką i nie wrócił. Czemu? Bo zabił go właściciel suczki. Po prostu. Tłumaczenie „przyplątał się tu, jak go miałem odgonić?”. Jasne. Lepiej zabić. Żeby było śmieszniej, psi morderca wiedział, czyim psem był wesoły kundelek. Wiedział, że uciekł, wiedział, że nie jest chory na wściekliznę i wiedział, że jego właścicielce pęknie serce.

Ze dwa lata temu, przyplątał się do nas wychudzony pies. Wyglądał jak szkielet charta polskiego powleczony skórą. Trząsł się i był przerażony. Na szyi miał głęboką ranę, która wyglądała tak, jakby ktoś próbował odciąć mu głowę piłką do metalu. Bał się podejść do człowieka, chociaż widać było, że jest do jego obecności przyzwyczajony. Nawet głód przegrywał u niego z lękiem. Okazało się, że to pies sąsiadów, który uciekł z ich obejścia. Rana na szyi była wynikiem tego, że trzymali go przy budzie uwiązanego z kevlarowej pętli. Chcąc się z niej oswobodzić, szarpał się tak długo, aż wyrzeźbił sobie ranę na kilka cm głęboką. Obudził się w nim pierwotny instynkt samozachowawczy, taki jak budzi się w schwytanym we wnyki wilku- prędzej ogryzie sobie łapę, niż da się zniewolić i skonać w męczarniach.

Nie wspomnę już o tym, że czas jakiś temu grupa jełopów z okolicznych wsi postanowiła sobie zapewnić „wielkomiejską” rozrywkę organizując w lesie walki psów.

To jest moment, w którym stwierdzam, że pewnych aspektów mentalności ludzkiej nie zrozumiem. I żeby było jasne, bo zaraz zaczniecie mnie uświadamiać: tak, wiem że w miastach ludzie też zachowują się bestialsko wobec zwierząt. Przywiązują je do drzew czy płotów schronisk, żeby się ich pozbyć. Wieszają szczeniaki na drzewach. Hodują w nieludzkich warunkach, głodzą, biją, nie leczą. Tylko, że w cywilizacji interesują się tym media, zwierzęcy aktywiści i większość ludzi nie daje na taki czyny przyzwolenia. A na wsi? Na wsi jest to powszechne i często normalne.

A przecież krowa płacze, kiedy prowadzi się ją na rzeź.

About these ads